Z BANGKOKU NA KOH LARN. WYSPA NA CHWILĘ

Z BANGKOKU NA KOH LARN. WYSPA NA CHWILĘ

Z Bangkoku na Koh Larn można dotrzeć w kilka godzin. Najpierw autobus, później prywatna łódź albo zwykły, terkoczący prom. Przemykamy przez Pattayę tak szybko, jak to możliwe i z przystani Bali Hai ruszamy w kierunku wyspy. Wyspy, która ma – jak większość miejsc w Tajlandii – dwa oblicza.

Bangkok jest miastem, którego nigdy nie da się odkryć w całości. Jest ogromną metropolią, która kryje w sobie tysiące zakamarków i ciągle nowych wrażeń. Ale jest też głośny, hałaśliwy, duszny, czasem śmierdzący smogiem, spalinami i ściekami. Uciekamy więc z niego czasem na dzień, dwa albo tydzień.

Pattaya nas nie interesuje, bo to miejsce, które nie ma nic wspólnego z Tajlandią. Mogłoby znajdować się w dowolnym miejscu na świecie, wygląda tak samo, jak setki imprezowych kurortów rozsianych na wybrzeżach mórz i oceanów. Zdaję sobie sprawę, że wyspa Koh Larn także jest miejscem bardzo komercyjnym. Nie może być inaczej, skoro od Pattai wyspę dzieli zaledwie kilkadziesiąt minut rejsu. Mam jednak nadzieję, że znajdziemy tu trochę spokoju i czystego piasku.

Z BANGKOKU NA KOH LARN W 6 GODZIN

Autobusy z Bangkoku do Pattai odjeżdżają co kilkadziesiąt minut z terminali Mo Chit i Ekkamai. My ruszamy z tego pierwszego. Okienko z biletami znajduje się wewnątrz budynku, płacimy 118 bathów od głowy i za chwilę autobus toczy się po obwodnicy Bangkoku. Po dwóch godzinach lądujemy na dworcu Air Conditioned Bus Terminal Pattaya. Tak, beż żartów. Właśnie tak oficjalnie nazywa się autobusowy terminal w tajskiej stolicy rozpusty, mimo, że jedyną klimatyzacją na jego terenie jest hulający z lewa w prawo gorący wiatr.

Krótka dyskusja z kierowcą pick-upa i jedziemy na pace w kierunku przystani Bali Hai na południowym krańcu Pattaya Beach. Zaczęło się od 300 bathów za samochód, skończyło na 150. Do negocjacji musimy przyzwyczajać się od początku. W naszym mało turystycznym rejonie Bangkoku nikt nie dokłada sobie 200% narzutu na owoce albo street food. Tutaj, w Pattau i na Koh Larn przez dwa dni będziemy chodzącymi banknotami.

Omijamy krzyczących naganiaczy, którzy oferują kurs szybką łodzią motorową albo sprzedają bilety na wyspę połączone z wątpliwej jakości wycieczkami. Idziemy bezpośrednio na koniec pomostu, gdzie cumują duże łodzie pasażerskie, które za 30 bathów zawiozą nas na wyspę. Nie przywiązujemy się zbytnio do harmonogramu kursów, bo łódź odpływa zazwyczaj wtedy, kiedy załoga dojdzie do wniosku, że przyszedł na to czas. Najważniejsze, że godzinę później przybijamy do nabrzeża na Koh Larn.

DWA PORTY – DWA OBLICZA

Łodzie kursujące z Pattai dopływają do dwóch punktów na wyspie. Na jej wschodnim oraz zachodnim wybrzeżu. Jeśli traficie na wchód, jesteście bliżej spokojnych plaż, kolorowego miasteczka i zdecydowanie bardziej lokalnych klimatów. Jeśli wylądujecie na zachodzie, na krańcu plaży Tawaen Beach, wpadniecie prosto w chińsko-rosyjsko-brytyjsko-polski kocioł, pełen łomocących straganów, ryku silników strumieniowych, lejącego się piwa i wszechobecnego wakacyjnego badziewia.

Patrząc na tłumy turystów lepiących się do siebie na piasku, mam ochotę uciekać jak najszybciej. No ale skoro tak leżą i się do siebie lepią, to najwyraźniej czerpią z tego przyjemność. Luz – każdy spędza czas, jak mu się podoba.

Łapiemy kolejnego pick-upa i za kolejnych kilka bathów (a dokładnie 20 od osoby) lecimy na wschodnie wybrzeże, bo w miasteczku portowym mamy zarezerwowany hotel na jedną noc. Wybraliśmy miejsce ze średniej półki, nie jakieś och i ach, ale też takie, w którym karaluchy nie powinny biegać po ścianach. Padło na hotel The Rest – kolorowy, w miarę odnowiony i generalnie OK. Zresztą na jedną dobę nie ma co kombinować i szukać fajerwerków, tym bardziej, że w hotelu spędzimy pewnie tylko kilka godzin.

NUAL BEACH I CZASEM FAJNE MAŁPKI

Zostawiamy więc manatki i idziemy na południową plażę Nual Beach. Niewielka, dosyć wąska, ale obudowana całkiem rozwiniętą infrastrukturą. Jest kilka barów, małych restauracji. Można kupić coś do picia, kolorowe drinki, piwo, zjeść smażone na grillu kawałki kurczaka, wieprzowiny albo owoce morza. Turystów niewielu w porównaniu do hurtowni atrakcji na zachodzie wyspy.

Plaża Nual nazywana jest także Monkey Beach. Nie bez powodu, bo na jej wschodnim krańcu, na skałach mieszka kilkadziesiąt małp, które ochoczo pozują do zdjęć i popijają czystą, słodką wodę z butelek podawanych przez turystów. Pamiętajcie jednak, że małpy są dzikimi zwierzętami i potrafią być groźne. Wystarczy, że coś im się nie spodoba i z zabawnej maskotki mogą zamienić się w krwiopijcę z zębami wbitymi w Waszą rękę albo kark.

Popołudnie i wczesny wieczór mijają na chlapaniu się w ciepłej wodzie i bezcelowym łażeniu wzdłuż plaży. Po to tu przyjechaliśmy, w końcu chcemy odpocząć od miejskiego kotła. Wieczorem siadamy w jednej z kilkunastu restauracji rozlokowanych wzdłuż głównej ulicy miasteczka i dowiadujemy się, że właściciel ma znajomych w Krakowie (jak każdy Taj zresztą). Kończymy – a właściwie ja kończę – na degustacji lokalnej nafty zgarniętej za 80 bathów z półki malutkiego sklepu. Wrażeń nie da się opisać – trzeba spróbować, albo zobaczyć to na własne oczy. Powyżej zostawiłem podpięty VLOG z naszego wypadu na wyspę. A cały kanał znajdziecie tu.

TA YAI – PLAŻA Z TURKUSEM

Drugiego dnia zaczynamy od szybkiego śniadania i idziemy na północny kraniec Koh Larn. Tam znajduje się kolejna plaż, która – mam nadzieję – nie będzie wyglądała jak puszka z turystami-sardynkami. Ta plaża to Ta Yai – spacer zajmuje nam jakieś 40 minut, wliczając w to postój w porcie. Tego samego dnia musimy zawinąć się z powrotem na stały ląd i złapać autobus do Bangkoku, więc dobrze wiedzieć, o której odpływa ostatnia łódka do Pattai. Teoretycznie oczywiście, bo już wiemy, że odpłynie, o której odpłynie.

Ta Yai jest mniejsza od Nual, trochę bardziej zatłoczona, ale wciąż do zniesienia. Restauracja, bar, łazienka. Wszystko w jednym budynku. Ponieważ plaża znajduje się na cyplu, który opływają łodzie kursujące do Tawaen, jest tu trochę głośniej. Za to woda jest krystalicznie czysta a kolor piasku i kąt padania promieni słonecznych powodują, że morze błyszczy turkusem prosto z pocztówek. Spędzamy tu kilka godzin, na koniec spłukujemy sól pod prysznicem w  budynku restauracji (koszt 50 bathów) i wędrujemy z powrotem na przystań, z której powinniśmy dostać się na stały ląd.

Żeby nie kusić losu, jedzenie zostawiamy na później. Lepiej wrócić do domu na głodniaka, niż zostać na Koh Larn z pełnym żołądkiem!

WAŻNE INFORMACJE:

  • łodzie na Koh Larn odpływają z przystani Bali Hai, bilety do kupienia przy wejściu na łódź, koszt 30 bathów / osoba, kurs trwa 35 minut
  • z Bangkoku na Koh Larn dostaniecie się rejsowym autobusem. Kosztuje 110-130 bathów i kursuje kilkanaście razy dziennie z dwóch terminali
  • alternatywny środek transportu to speed  boat – koszt 300 bath / osoba, kurs trwa 15 minut
  • zachodnia część wyspy jest opanowana przez stragany, wakacyjne bary i tysiące turystów. Jeśli szukacie spokoju sprawdźcie północne i południowe plaże
  • w miasteczku na wschodnim wybrzeżu znajdziecie sporo barów i lokalnych restauracji. Alternatywa dla hałaśliwych, turystycznych=miejsc na zachodzie
  • na wyspie w wielu miejscach można wypożyczyć skuter na cały dzień za 300 bathów. To wygodny środek transportu, dzięki któremu zwiedzicie całą Koh Larn. Pamiętacie, że obowiązuje międzynarodowe prawo jazdy kategorii A.
  • po wyspie można poruszać się pick-upami. Koszt przejażdżki to 20-40 bathów, w zależności od dystansu.
  • ostatnia łódż, zgodnie z rozkładem, odpływa z wyspy około 17:00 – 18:00. Dopytajcie na miejscu, tu nigdy nic nie wiadomo
  • Koh Larn jest także ogromnym wysypiskiem śmieci dla Pattai. Pamiętajcie o tym, zanim w sklepie zapakujecie zakupy w kilka foliowych torebek
WYBIERACIE SIĘ DO TAJLANDII? SPRAWDŹCIE NASZĄ GRUPĘ

ZOBACZ VLOGI Z AZJI:


ZOBACZ TAKŻE:

Facebook
Twitter
YouTube
Instagram


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Rusz głową, zanim dodasz komentarz: *