Dziennik pokładowy, dzień -11

NIGDY nie byłem jakimś wielkim zwolennikiem żeglarstwa. Nawet więcej, żeglarzy uważałem za trochę dziwnych człowieków, bo to i wieje i pada i zimno, a w tym samym czasie można na plaży poleżeć, drinka z palemką wysączyć, albo przejść się po ciasnych uliczkach szukając lokalnych przygód. A na morzu ciągle to samo. Woda. Do tego jeszcze słona.

Ale człowiek tak jest już skonstruowany, że szuka nowych wyzwań. Może nie każdy, ale ja tak. No więc kiedy usłyszałem „jest sprawa, jacht trzeba odprowadzić”, pomyślałem sobie, że w sumie mogę ten jacht odprowadzić. Nie sam, rzecz jasna, bo nie odróżniam grota od foka, kei od koi i kambuzu od Kambodży (to ostatnie jeszcze jako tako mogę ogarnąć).

Jak już próbować, to pewnie byłoby fajnie, gdyby to było jakieś Morze Egejskie albo chociaż zachodnie Śródziemne. Ale nie, człowiek musi od razu lecieć z wysokiej drabiny, więc trafiło się Północne i Bałtyk. Czyli będzie pewnie wiało, padało, w nocy siedem stopni i jeszcze poznam nowy kolor pod tytułem szafirowo-brunatny. Co tam, niech będzie. Tomasz już taki jest, jak coś proponuje, to luksusu na dzień dobry nie ma. Moje pierwsze nurkowanie to też jego dzieło – jezioro Narty, widać na 10 centymetrów, zamiast Nemo wodorosty i jeszcze woda ma 8 stopni. Gość jest ekstremalny, ale z drugiej strony mogę z wysokości patrzeć na tych, co to tylko w Czerwonej zupie oglądali rafy.

No więc Północne i Bałtyk. Zakupiłem kalosze i rękawiczki – jakoś dziwnie się nazywają, nie pamiętam dokładnie – takie bez palców, nie wiem, czy dlatego, że to potrzebne, czy taka jest w tym roku moda  żeglarska. Takie miały być i są. Jakieś spodnie na wodę (dostałem po głowie od żony, bo nie pasuje kolor do kaloszy). I chyba już jestem żeglarzem. Tym bardziej, że od razu, na wejście, zostałem starszym wachtowym, jeśli się nie mylę. Czyli w pewnym sensie stanowisko kierownicze. Nie wiem, czy za pochodzenie, czy za wykształcenie, ale nie będę jakimś tam zwykłym majtkiem. Początek niezły.

Jakby tego  było mało, mam też inne zadania do wykonania. Czyli między innymi będę odpowiedzialny za załatwianie wszelkich formalności w porcie. Nie wiem jeszcze jakie to formalności, ale jakoś je załatwię. Nie takie rury się odtykało.

Mam być też przewodnikiem lądowym. Po prawej zboże, po lewej droga na Ostrołękę. W tym jestem dobry, więc strachu nie ma. No i jeszcze  jedno – obsługa jachtu pracuje w systemie rotacyjnym, więc będzie gotowanie. Jeśli Panowie myślą, że na mojej zmianie dostaną pulpety z weków, to grubo się mylą. Następnym razem będziecie mnie błagać, żebym z Wami popłynął.

Trasa? Start w Amsterdamie, finał w Jastarni, ruszamy 12 sierpnia. Jacht Delphia 40, cokolwiek to znaczy. Taki z kadłubem, masztem, dziobem i rufą. Łącznie 8 dni na morzu, w większości poza zasięgiem jakiejkolwiek sieci. Więc jeśli nic nie napiszę przez trzy dni, to znaczy, że albo sieci nie ma rzeczywiście, albo wiszę z głową za burtą, rozmawiając z głębinami.

Ahoj, czy jakoś tak.