WSCHODNI CYPR, CZYLI DZIKOŚĆ SERCA

WSCHODNI CYPR, CZYLI DZIKOŚĆ SERCA

Pierwsza skóra już zeszła, przyzwyczajeni do patrzenia w prawo na przejściach dla pieszych (które na Cyprze są zbędne, bo i tak wszyscy chodzą, jak chcą), najwyższa wiec pora ruszyć w objazdówkę. Zaplanowana trasa to niespełna 100 kilometrów. Trochę dzikości i trochę zabytków. Odrobina historii i plątania się po wąskich cypryjskich dróżkach i małych, zapomnianych przez turystów miasteczkach.

 

Aya Napa

Stolica wschodniej turystyki. Nie tylko dlatego, że leży na wschodzie Cypru. Przede wszystkim dlatego, że jest opanowana przez obywateli wschodu. Rosyjskie menu w restauracjach, rosyjskie napisy  na ulicach i rosyjskie reklamy w sklepach. W okresie przed wielkim sezonowym wypoczywaniem może i jest to do zniesienia, choć w nocy nawet w kwietniu łomocze muzyka, a panie w złotych szpilkach kuśtykają po bruku. Jeśli kochacie takie klimaty, w Aya Napa znajdziecie wszystko. Towarzystwo, szaleństwo i porannego kaca. Jeśli to nie Wasza bajka, nie wybierajcie się tam w wakacje, bo zwariujecie po godzinie. Wszechobecna tandeta, przemycane z Turcji torebki od Armaniego i podrabiane Ray Bany. Ale to nie znaczy, że w Aya Napa nie ma nic ciekawego i godnego uwagi. W sercu miasta znajdziecie przepiękny i klimatyczny klasztor, otwarty dla zwiedzających i urzekający kolorami. Co ciekawe, nikt nie wie, kiedy został zbudowany, szacunkowa data jego powstanie to okolice XV wieku, kiedy Cypr pozostawał pod władaniem Wenecjan.

Restauracje, tawerny, kawa, krewetki i… fish&chips. Aya Napa słynie z kilku świetnych restauracji, serwujących nie tylko lokalne specjały. Fish&chips to pozostałość po – z kolei – brytyjskim panowaniu. Zresztą to nie jedyny brytyjski ślad – Cypryjczycy do dziś jeżdżą pod prąd, czyli po lewej stronie drogi. Ale do rzeczy, czyli do żołądka. Polecam sprawdzoną restaurację Ocean Basket, w której prawie wszystko było tip top. I obsługa i jedzenie na duży plus, niestety ceny na minus. Za średniej wielkości obiad dla trzech osób trzeba zapłacić 60-70 Euro. Niestety nie jest to wyłącznie przypadłość tego miejsca, generalnie Cypr nie jest tani i jeśli stołujecie się „na mieście”, musicie liczyć się ze sporymi kosztami.

 

Lover’s Bridge

Kierując się na wschód, już kilka kilometrów za Aya Napa traficie na pierwsze ciekawe miejsce. Lover’s Bridge bardzo często jest mylony ze skalnym mostem, który znajduje się kilkadziesiąt metrów od wyjeżdżonego przez turystów parkingu. Ten naturalny punkt także jest godny polecenia, ale jeśli chcecie zawiesić miłosną kłódkę we właściwym miejscu, musicie przejść kilkaset metrów wzdłuż wybrzeża na wchód, gdzie znajdziecie nieco tandetną przeprawę nad… trawą i kamieniami. Ten naturalny jest dużo ciekawszy i robi zdecydowanie większe wrażenie, szczególnie pięknie wygląda, kiedy oblany jest promieniami zachodzącego słońca.

 

Cape Greco

Koniecznie. Zupełnie surowy i naturalny cypel, który warto objechać z każdej strony. Niestety nie ma możliwości, aby dotrzeć na jego krawędź, na której znajduje się zamknięty park ogromnych anten. W końcu Cypr to miejsce o ogromnym znaczeniu strategicznym, a Cape Greco wbija się w Morze Śródziemne patrząc czujnym okiem Wielkiego Brata na południowy-wschód. Tuż obok  niewielkiego kościółka z błękitnym pokryciem znajdziecie zejście do grot, które są dostępne – lub nie – w zależności od poziomu wody. Oprócz turystów możecie tam spotkać freaków grających na bębnach albo gitarach, więc nie dziwcie się, jeśli stojąc na krawędzi skał usłyszycie muzykę wydobywającą się spod ziemi.

 

Stone Arch

Kolejne atrakcja na trasie, już na północ od Cape Greco to kamienny łuk zawieszony nad kilkunastometrową przepaścią. Zamknięty, co wcale nie przeszkadza części zwiedzających. Zapewne do czasu, kiedy któryś z nich runie w dół razem z tonami kamieni. Łatwo dostępny, praktycznie nie można go przeoczyć poruszając się jedyną drogą prowadzącą w kierunku tureckiej strefy.

 

Paralimni

Niewielkie miasteczko, niekoniecznie pierwszej urody. Nadrabia za to klimatem i kilkoma lokalnymi lokalami, z których większość znajdziecie w okolicach głównego placu. Cypryjskie jedzenie, nieco tańsze, niż w Aya Napa, bary, w których spotkacie starszych panów grających w planszowe niewiadomo co. Niby nic specjalnego, ale warto poczuć klimat znacznie różniący się od kurortowej komercji.  Paralimni leży w dystrykcie Famagusta, znajduje się zaledwie kilka kilometrów od zakazanej strefy. Jeszcze 40 lat temu było małą wioską, ale po tureckiej inwazji w 1974 roku populacja mieszkańców znacznie wzrosła – to tu przenosili się uchodźcy, którzy uciekali przed karabinami i wojskiem. Nazwa miasta oznacza dosłownie „obok jeziora”, bo i właśnie obok jeziora (mało atrakcyjnego) położone są miejskie zabudowania Paralimni. W większości nowe, bo z pierwotnej wioski nie zostało praktycznie nic.

 

Deryneia

Komercja innego rodzaju. Deryneia położona jest bezpośrednio przy zamkniętej strefie „no man’s land” oddzielającej grecką część Cypru od części tureckiej. Stąd roztacza się widok na Varoshę -opuszczone miasto duchów i obrotni mieszkańcy zbudowali wokół tej historii niezły biznes. Na obrzeżach miasta, tuż przy pasie granicznym znajdziecie restauracje oferujące „świetny widok z tarasu”, lornetki, teleskopy i inne cuda. Otrzymacie także ostrzeżenia o zakazie fotografowania czy zbliżania się do granicznej linii. W innym przypadku grozi Wam zastrzelenie, poćwiartowanie i wieloletnie tortury. Oczywiście większość z tych historii to totalne brednie, bo robienie zdjęć czy filmowanie z tarasu baru jest już całkowicie bezpieczne. I kosztowne oczywiście, bo coś trzeba zamówić. Do granicznych miejsc nie można nie trafić – szukajcie znaków „Famagusta view point”.

Niezależnie od tego, czy w takie miejsce warto się ruszyć, czy nie, samo miasteczko to ciekawy punkt na wschodniej mapie Cypru. Zresztą zarówno Famagustę, jak i ogromne kratery pozostałe po eksplozjach pocisków z czasów konfliktu zbrojnego widać dokładnie nie tylko z „komercyjnych” punktów, ale także z wieży Centrum Kulturalnego. Dodatkowo macie pewność, że tu nie dosięgną Was wyimaginowane kule i że nie dacie się nabić w butelkę.

Deryneia jest jednym z „czerwonych miasteczek” – nazwa wzięła się od żyznej, czerwonej gleby, na której miejscowi rolnicy uprawiają przede wszystkim ziemniaki i truskawki. To właśnie tu co dwa lata odbywa się słynny truskawkowy festiwal, organizowany na piłkarskim boisku Anagennisi Deryneia, przy drodze do miejscowości  Sotira. W samym centrum znajdziecie kilka małych restauracyjek, polecam tavernę Logo Timis przy Agias Marinas, serwującą kuchnie śródziemnomorską i cypryjską. Krewetki w maśle, czosnku i pieruszcze – palce lizać!

 

Vrysoules

Mała wioska znajdująca się na granicy brytyjskiej stacji Ayios Nikolaos, będącą właściwie strefa buforową pomiędzy grecką i turecką częścią wyspy. Miasteczko samo w sobie nie stanowi wielkiej turystycznej atrakcji, ale stąd możecie się dostać do przejścia granicznego z Cyprem Północnym. Co ciekawe, aby tam dojechać, musicie przebić się przez ogrodzoną strefę Ayios Nicolaos, swoistą Little Great Britain. Tyle, że od Little Great Britain znacznie poważniejszą i mniej śmieszną, bo to miejsce wciąż przypomina o fatalnych wydarzeniach z lat 70-tych.

Makronissos Beach

Na koniec znów trochę komercji, ale w dobrym wydaniu. Plaża Makronissos podzielona jest na kilka części, położonych po dwóch stronach niewielkiego cypla. I właśnie ów cypel, obok szafirowej wody i drewnianych, klimatycznych pomostów, jest największą atrakcją tego miejsca. Znajdziecie tu 19 skalnych jaskiń wyciętych w twardej skale, wiszących nad powierzchnią Morza Śródziemnego.  Nie widać ich z plaży, ale warto poszukać – poczujecie się, jakby czas nagle cofnął się o setki lat. Spacer zajmie nie więcej, niż kwadrans, a najbliższa, niewielka plaża jest kawałkiem nieba na ziemi.