MIEJSCY ROWERZYŚCI. ILE IM WOLNO?

MIEJSCY ROWERZYŚCI. ILE IM WOLNO?

Na pewno większość kierowców samochodów ma w swoim „dorobku” bliskie spotkanie z rowerzystą. Niekoniecznie bezpośrednie, ale choćby takie, które zakończyło się ostrym hamowaniem i kilkoma nieparlamentarnymi słowami wykrzyczanymi pod adresem posiadacza dwukołowca. Ponieważ wielkimi krokami zbliża się wiosna i rowery powoli wypełzają z piwnic i garaży, warto pochylić się nad tym tematem.

Od razu podkreślam, że celem popełnienia niniejszego tekstu nie jest szykanowanie rowerzystów, ani skreślenie ich z listy użytkowników ścieżek, dróg i ulic. Celem popełnienia niniejszego tekstu jest zwrócenie uwagi na pewien problem, który zagraża bezpieczeństwu. Przede wszystkim bezpieczeństwu rowerzystów.

Zgodnie z Prawem o Ruchu Drogowym, kierujący rowerem jest zobowiązany, aby zejść z roweru i przeprowadzić go po przejściu dla pieszych, ponieważ, zgodnie z definicją, takie przejście, zwane „zebrą”, służy po przechodzenia przez nie, a nie do przejeżdżania. Przypominam zatem rozpędzonym kierowcom jednośladów, że za złamanie tego przepisu grozi Wam mandat, a w najgorszym przypadku grzywna nawet do 3 tysięcy złotych. I tyle. Sprawa jest jasna jak słońce.

Ale nie o tym chciałbym przede wszystkim. Przede wszystkim chciałbym o czymś zupełnie innym. Otóż to samo Prawo o Ruchu Drogowym nie nakłada na rowerzystę obowiązku zejścia z roweru, jeśli porusza się po wyznaczonej ścieżce. Oznacza to w skrócie, że jeśli na dwóch kołach poruszamy się po część drogi wyznaczonej dla ruchy rowerowego, przed skrzyżowaniem ani przed przejściem dla pieszych nie musimy zsiadać z roweru i możemy jechać swoim tempem. Oczywiście pod warunkiem, że mamy zielone światło.

I tu pojawia się wspomniany wcześniej problem. Rowerzyści korzystając z owego przepisu nie zwracają absolutnie żadnej uwagi na to, co dzieje się dookoła. Teoretycznie są w podobnej sytuacji jak piesi. Kierowcy, którzy skręcają na zielonej strzałce muszą ocenić sytuację i zdecydować się na jazdę, albo nie. Tyle, że pieszy porusza się z prędkością kilku kilometrów na godzinę i nie wpadnie na pasy znikąd. Rowerzysta pędzi często z prędkością przekraczająca 20 czy 25 kilometrów na godzinę i absolutnie go nie obchodzi, czy prowadzący samochód zdąży go zauważyć. Jakby tego było mało, spora grupa rowerzystów odcina się od otoczenia, wkładając na uszy słuchawki. W lesie albo na polnej ścieżce być może nie ma to żadnego znaczenia. Ale w miejskim zgiełku całkowite odizolowanie się od otaczającego świata jest już objawem skrajnej głupoty. Podobnie, jak wpadnięcia na pasy z prędkością 25 km/h z założeniem, że „mam pierwszeństwo”.

Moim skromnym zdaniem przepis, który pozwala rowerzystom przecinać skrzyżowania bez obowiązku zatrzymania się przed ulicą jest, podobnie, jak jazda ze słuchawkami, totalnie idiotyczny. Wielokrotnie widziałem sytuacje, w których rower nagle pojawia się znikąd, szczególnie w miejscach o ograniczonej widoczności. I zawsze, albo prawie zawsze, kończy się to tak samo. Hamulec do podłogi, pisk opon, pukanie się w czoło i środkowy palec w górze. Być może warto byłoby zastanowić się nad rozwiązaniem tego problemu, bo w końcu chodzi tu wyłącznie o ludzkie życie i bezpieczeństwo. Żadna to pociecha mieć wygrawerowane na nagrobku „zginął, choć miał pierwszeństwo”.