LAMBORGHINI ASTERION. BYK Z ROZUMEM W POŚLADKACH

Szukam okapu. To takie urządzenie, które wysysa smród smażonej ryby albo gotowanych brokułów. Moja żona doszła do wniosku, że nadeszła pora, by wymienić kuchnię, bo ta, która służy nam od kilku lat jest już nie bardzo. Trudno, uśmiechnięta żona jest skarbem i koszty w tym przypadku nie grają roli. No więc przemierzam długie sklepowe korytarze wdając się w dyskusję z panem sprzedawcą. Wiem już wystarczająco sporo, żeby się z Wami podzielić pewnymi refleksjami – okapów jest kilka rodzajów, ale za to marek już kilkanaście. Jak to możliwe? Ano tak, że każda firma ma w swojej ofercie dokładnie taki sam sprzęt, różniący się tylko naklejką!

Zauważyliście zapewne, że w świecie, którym rządzi globalizacja, wszystko zaczyna wyglądać podobnie. Jest coraz mniej marek, które wyróżniają się własną osobowością, charakterystycznym designem albo czymkolwiek innym, co pozwoli takie marki z kilometra odróżnić od innych. Wszystkie smartfony są identyczne, zestawy kina domowego maja przyciski w tych samych miejscach, nawet wspomniane kuchenne okapy różnią się od siebie wyłącznie znaczkiem firmy, która kupiła je od tego samego dostawcy z Chin.  O zgrozo, kobiety wyglądają jak mężczyźni, a mężczyźni jak kobiety! Nie wspominając o piwie, które – jeśli nie postawicie na lokalny browar – smakuje tak samo, niezależnie od tego, czy na naklejce zobaczycie duńską koronę, holenderską czerwoną (???) gwiazdę, czy parę w ludowych strojach wywijającą kujawiaka czy innego mazura.

Ładne – tak. Ale czy Lambo-like?

Niestety, globalizacja dotyka w sposób nieograniczony także rynek motoryzacyjny. Z jednej strony to zupełnie zrozumiałe, bo w dzisiejszych czasach wyłącznie duzi mogą przetrwać, z drugiej strony cholernie przykre, bo w niepamięć odchodzi mnóstwo legendarnych marek, które nasze dzieci będą rozpoznawały wyłącznie ze starych zdjęć mojego szanownego kolegi Szymczaka.

O ile sama globalizacja pewnie nie jest niczym złym, a na pewno naturalnym, o tyle idące za nią oszczędności i synergie (dla niewtajemniczonych – to magiczne słowo, które w języku korpo może oznaczać wszystko, a przede wszystkim tłumaczy narastającą liczbę zwolnień), powodują, że po ulicach przetaczają się tysiące samochodów, które trudno odróżnić. Nawet nie z kilometra, ale z zupełnie bliska. Kiedy byłem małym chłopcem, a mówię teraz o czasach tuż po wyginięciu dinozaurów, rozróżniałem każdą markę i wystarczył zarys nadwozia czy kształt reflektora. Teraz jest to niemożliwe. No dobra, trochę dlatego, że słabiej widzę, ale trochę też dlatego, że to, co jeździ, zlewa się w jednobarwną i jednokształtną masę.

No i wyszło jak zwykle. Miałem napisać coś o kolejnym samochodzie, a nadepnąłem na bolący palec całemu przemysłowi motoryzacyjnemu. Ale ten przemysł wie, że palec boli i nie wykazuje żadnych chęci na jego leczenie, więc na pewno nie będzie mi miał tego za złe i nie zamknie przede mną drzwi, kiedy przyjadę po kolejny testowy samochód.

A to wszystko z jednego powodu. Podczas salonu w Paryżu doskonała i uznana, legendarna i kultowa firma Lamborghini, która – przecież to jasne jak włoskie słońce – nie jest już firmą Lamborghini z powodu globalizacji, zaprezentowała koncept o nazwie Asterion. I fajnie. Przestrzeń nie uznaje pustki, więc raz na jakiś czas trzeba coś nowego pokazać.

Z przodu juz trochę bardziej Lambo-style

Jest tylko jedno ale. Gdyby ktoś pokazał mi ten samochód w szczerym polu, odklejając wcześniej wszystkie znaczki, logotypy i cyferki, ZA BOGA nie zgadłbym, że to Lamborghini, czyli Audi. Lambo słynęło ze specyficznego designu, dosyć kanciastych, ostrych kształtów. Po prostu wyglądało jak przybysz z kosmosu. Może ostatnie modele odchodziły już od tego sznytu, ale – mimo wszystko – Lambo było super-charakterystyczne. A Asterion jest charakterystyczny jak okap w Media Markcie czy innym Euro. Pozaokrąglany, jakiś taki mdły jak szare mydło albo sojowe parówki.

Oczywiście natychmiast zaznaczam, że z godnością przyjmuję na klatę wszystkie wasze hejty – że jest super, że śliczne i że każdy takie chciałby mieć. Tak, ja też nie oddałbym go na charytatywną aukcję, skłamałbym, gdybym twierdził inaczej. Bo mimo wszystko Lambo to Lambo – KAŻDY chciałby je mieć. Ale kiedy zobaczyłem Asteriona, poczułem się jak wtedy, kiedy Adamowi Małyszowi uciekły dwa olimpijskie złota. Niby się cieszę z tego, co jest, ale w tym samym momencie jest mi źle, bo oczekiwałem więcej. Chyba każdy z Was zna to uczucie – nasi piłkarze do tego roku, kiedy wreszcie się zlitowali i postanowili zakończyć terapię szokową, przez lata pielęgnowali je w sercu każdego kibica w Polsce.

Ci, którzy Asterionem są zachwyceni, pewnie chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej. No to proszę bardzo. Pod maską, a tak dokładnie za fotelem, ulokował się super potężny silnik V-10 o pojemności 5,2 litra i mocy 602 koni mechanicznych. Prawdziwy potwór, nie ma dyskusji. Ale… Asterion to pierwsza w historii Lamborghini hybryda. Nic dziwnego, bo pod skrzydłami Audi Lambo wcześniej czy później czekała taka przyszłość. A więc z przodu mamy dwa elektryczne silniki dokładające swoje 295 koni, co – po przeliczeniu na kalkulatorze – daje łącznie prawie 900KM! W efekcie Asterion rozpędza się do setki w 3 sekundy i domyślam się, że to dane bardzo ostrożne, bo z taka mocą powinno być szybciej.

Maksymalna prędkość sięga 199 mil na godzinę, czyli – poczekajcie, policzę…. 320 kilometrów!!! Wystarczy?

Tu bez zarzutów. Pełen luksus i tablet sterujący większością funkcji

Asterion potrafi przejechać 50 kilometrów w trybie Zero Mode, w którym benzynowa jednostka V-10 śpi spokojnie w miejscu, w którym w każdym normalnym samochodzie znajduje się bagażnik. Ale kiedy przełączymy auto w tryb Ibrido, budzą się 602 konie mechaniczne i zaczyna ostra jazda. Chcecie oszczędzić baterię? Nie ma problemu. Pstryk, zapinamy tryb Termico i elektryk odpoczywa.

Monokok – dziwnie wygląda, ale załóżmy, że takie słowo istnieje w języku polskim, nawet jeśli Microsoft tego nie przewidział – zbudowany jest w całości z włókna węglowego, podobnie zresztą jak część innych elementów, choćby obramowania szyb. Efekt? Zmniejszona masa własna samochodu, a więc mniejsze spalanie. Chociaż nie spodziewam się, aby ktokolwiek, kto kupuje Lambo miał spalanie gdzie indziej, niż gdzieś.

Ponieważ pod maską znajdują się silniki elektryczne i przeogromna bateria, w modelu Asterion mamy zdecydowanie mnie przestrzeni bagażowej. Projektanci w niewielkim stopniu zminimalizowali te straszliwą i niewybaczalną niedogodność i znaleźli dodatkowe miejsce za fotelami. Mniej więcej tyle, że by schować tam kanapki i termos z kompotem. Chciaż znów, właściciel Lambo nie jest zainteresowany jedzeniem jajek na twardo w lesie. Raczej dumnie zaparkuje przed topową restauracją, a miejsce na termos wykorzysta jako schowek na gruby portfel.

I wreszcie nazwa – tu jednak musze się przyczepić. Asterion to imię pół człowieka, pół byka, znanego w greckiej mitologii jako Minotaur. Teoretycznie wpisuje się w schemat Lambo, które tradycyjnie nazwy swoich samochodów wiąże z bykami właśnie. Ale kiedy przeczytamy PR-owe wytłumaczenie, coś skrzypi i nie pasuje, jak deska rozdzielcza w Dacii Logan. Lamborghini tłumaczy, że w Asterionie „siła byka, którą dostarcza benzynowy silnik połączona została z ludzkim rozsądkiem, który symbolizuje hybrydowa technologia”. A gdzie ludzie zazwyczaj mają rozum i rozsądek? Większość tych, których znam, w głowie. A Minotaur ma ludzkie ciało i byczy, czyli raczej pusty łeb. Najwyraźniej spece od nazewnictwa kiepsko przeszukali internet i pomylili Minotaura z Centaurem. Bo to ten drugi wziął górną partię ciała od człowieka, a dół od… konia. Czyli już nic nie pasuje. No chyba, że u niektórych rozum zaczyna się poniżej pasa.

Zapewne pomyślicie, że jestem podłym, amerykańskim szowinistą, bo – zapewne, jak już wiecie – dla mnie numerem jeden są amerykańskie muscle cars. Otóż nie. Nowy Mustang jest obrzydliwy i zatracił charakter swojego poprzednika. Też jest okrągły i generalnie, fe. Ale mimo wszystko, chciałbym go mieć. Lambo Asteriona, parafrazując szowinistyczne męskie powiedzenie, z garażu też bym nie wyrzucił.