RENAULT ZOE. JUŻ GO CHCESZ, ALE…

RENAULT ZOE. JUŻ GO CHCESZ, ALE…

Pewnie wszyscy pamiętacie reklamę banku, w której Beata Tyszkiewicz wpada do przedziału i pyta „Przepraszam, czy ja byłam z pieskiem czy bez pieska?”. Pewnie nie wszyscy pamiętacie, że to nie był oryginalny pomysł dzielnego copyrightera w golfie w kropki, który zawalił cztery noce i wypił ciężarówkę Red Bulla, ale cytat z filmu Vabank 2, w którym ową kwestię wypowiada właśnie rzeczona Tyszkiewicz. Czyli gra w skojarzenia. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że mało to życiowe i nie zdarza się w naturze. Ale nie! Jednak, znów okazało się, że życie pisze najlepsze scenariusze.

Kilka dni temu oddawałem samochód wypożyczony na lotnisku w Mediolanie, o którym to samochodzie też napiszę, ale na razie muszę odkopać komputer ze sterty maili, w większości adresowanych nie do mnie. Do biura na parkingu wpadła amerykańska turystka i zupełnie szczerze zapytała „Przepraszam, czy ja tu byłam z bagażem, czy bez?” Zacząłem się rozglądać, czy przypadkiem nie ma gdzieś dookoła ukrytych małych, szpiegowskich kamer i czy nie trafię później do programu typu „Patrzcie, jaką kretyńską minę ma ten gość przy stanowisku nr 3”. Jednak kamer nie zauważyłem, a pani przyjęła z godnością informację, że najprawdopodobniej wcale jej tu nie było, ani z bagażem, ani bez niego.

Ludzie przemieszczający się z jednego lotniska na drugie, zazwyczaj przy pomocy samolotu, często miewają podobne przypadłości. Sam łapię się na tym, że co 10 minut sprawdzam, czy na pewno wciąż mam w kieszeni dokumenty i kartę pokładową. Mimo, że na pewno tam są. Bo gdzie indziej mogłyby być? Ale jeszcze nie zdarzyło mi się nigdy, żeby zapomnieć o walizce, mimo, że podobno jestem najbardziej roztargnionym człowiekiem w promieniu tysiąca kilometrów.

Stylistyczna perełka. Jak to u Francuzów

Wraz z kartą pokładową i dowodem osobistym (sprawdziłem 20 razy, były na miejscu!), dotarłem więc na warszawskie Okęcie, zwane od pewnego czasu Lotniskiem Fryderyka Chopina. To znaczy nazywa się tak od dosyć dawna, ale nikt w Warszawie tej nazwy nie używa, więc kierowcy, którzy patrzą na drogowskazy z napisem „Lotnisko Chopina” są mocno zdezorientowani i zastanawiają się, czy przypadkiem nie trafią do Modlina. Oczywiście po drodze przejeżdżając nikomu nieznanym mostem Marii Skłodowskiej-Curie, mając nadzieję, że trafili jednak na most Północny.

Na Okęciu panował chaos spowodowany przez rodzoną siostrę Amerykanki z Mediolanu. Nikt nie mógł wyjść z hali przylotów, ponieważ rodzona siostra zostawiła walizkę i pojechała do hotelu. Zorientowała się pewne dopiero wtedy, kiedy wieczorem chciała wyjąć szczoteczkę do zębów, ale nie miała jej skąd wyjąć, bo walizka została w międzyczasie zutylizowana przez armię saperów w antyterrorystycznych kombinezonach. Szkoda mi szczoteczki do zębów, ale jeszcze bardziej szkoda mi kilku tysięcy przyszłych lub niedoszłych pasażerów, którzy na dwie godziny utknęli na lotnisku, lub przed nim.

W środku też futurystycznie i elegancko

Ponieważ człowiek jest z natury istotą ciekawą świata, po trzech kwadransach, kiedy już przeczytałem cały internet, zacząłem rozglądać się dookoła. Ci, którzy nie mieli jak przeczytać całego internetu, wypsikali wszystkie testery z perfumami z wolnocłowego sklepu. A później też rozpoczęli poszukiwania czegoś, czym mogliby się zająć. Niestety musieli robić to w całkowitej samotności, ponieważ w promieniu stu metrów od ich wypsikanych nadgarstków brakowało tlenu.

I w tym miejscu mogę już przejść do powodu, dla którego na razie odstawiłem czytanie adresowanych nie do mnie maili. Nie dowiem się, gdzie mogę kupić pustaki w promocji, że mam jedyną w swoim rodzaju szansę wziąć udział w konferencji stomatologów, ani że właśnie, jako jedyny z jedynych, otrzymuję kupon zniżkowy na zabieg masażu błotem z Madagaskaru.

Powodem, dla którego stracę bez wątpienia milion życiowych szans, jest Renault ZOE. Bo właśnie ten samochód stał się obiektem zainteresowania wszystkich pasażerów, którzy nie mieli czego ze sobą zrobić czekając, aż antyterroryści wysadzą w powietrze kosmetyczkę i trzy pary spodni. Renault ZOE stał sobie w hali przylotów, dokładnie obok wyjścia. Co oznaczało, że wokół niego zgromadziło się przynajmniej kilkaset osób. Przy okazji, nie rozumiem, dlaczego ludzie upychają się jak sardynki w okolicach zamkniętych drzwi, skoro nikt nie ma pojęcia, kiedy zostaną otwarte. Albo dlaczego stoją w kolejce do wejścia na pokład, zanim jeszcze ktoś, kto na pokład ich wpuści, zacznie myć zęby przed wyjściem do pracy.

Ponieważ Renault ZOE, po zużyciu wszystkich testerów ze sklepu, był jedyną atrakcją, jaką można było zauważyć w hali przylotów, zainteresowali się nim wszyscy, którzy nie mieli nic innego do roboty. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy aby przypadkiem ta porzucona walizka to nie dzieło francuskich PR-owców…

Po sprawdzeniu pogody na najbliższe dwa miesiące, też uległem. Tym bardziej, że ZOE to zabawka, która przyciąga wzrok. Ładny, elegancki, futurystyczny. Trudno znaleźć w nim choćby jedno miejsce, które oznaczałoby, że właśnie tu projektantowi skończyły się pomysły. Całość przypomina łezkę, którą ktoś lekko obrobił i ukształtował tak, by doczepić pod spodem cztery koła. Nie ma co gadać – Francuzi projektują ładne samochody. No, może z wyjątkiem Thalii. Ale zakładam, że akurat ten model był wypadkiem przy pracy. Koszmarnym, jak każdy wypadek.

ZOE poinformuje Was i tym, czy jesteście wystarczająco ekologiczni

Więc, wracając do ZOE, to samochód, który chcecie mieć natychmiast, kiedy go zobaczycie. Tak, jak chcecie mieć LEDowy superpłaski telewizor albo zestaw kina domowego 7.1. Albo Alfę Giulietta, niezależnie od tego, czy dowiezie Was tam, gdzie chcecie dojechać, czy nie. Są na tym świecie rzeczy, które chce się mieć, ale…

No właśnie. Ale. ZOE to samochód w pełni elektryczny. Oznacza to, że miesięczne koszty jego eksploatacji będą wahały się w granicach ceny małych frytek w McDonaldzie, że nie narazicie się na wrzaski próbujących spać sąsiadów, kiedy odpalicie samochód o 3 nad ranem, oraz że z katalogu POI w Waszym telefonie będziecie mogli wykasować wszystkie stacje benzynowe, oszczędzając miejsce w pamięci na kolejne selfie strzelone przed lustrem w windzie.

Niestety oznacza to również, że ZOE będziecie mogli wykorzystać wyłącznie do zrobienia zakupów w sklepie po drugiej stronie ulicy. Zasięg w cyklu miejskim waha się w granicach od 100 do 150 kilometrów. W zależności od temperatury. Oznacza to też, że zanim rozpędzicie się do prędkości 100 kilometrów na godzinę, zdążycie zadzwonić do żony, teściowej, załatwić sprawę w banku i odebrać telefon od doradcy finansowego, który będzie chciał sprzedać Wam zupełnie niepotrzebne ubezpieczenie. A kiedy bateria już się rozładuje, będziecie musieli poczekać przynajmniej 30 minut, pod warunkiem, że znajdziecie gniazdko z trzema fazami.

Czy to są wady? Niekoniecznie. To są fakty, a nie wady. Rozumiem, że ludzie, którzy zaprojektowali Renault ZOE założyli z góry, że ma to być tani w eksploatacji sprzęt gospodarstwa domowego, którego zadaniem będzie przetransportowanie jego posiadacza z punktu A do punktu B pod warunkiem, że oba punkty nie znajdują się od siebie w odległości większej niż 100 lub 150 kilometrów. W zależności od temperatury. I jako takie urządzenie, ZOE na pewno sprawdzi się doskonale.

Nie wiem, ile czasu potrzeba, aby zwrócił się koszt jego zakupu, ale na pewno chwilę to potrwa. ZOE kosztuje bowiem od 89.900 PLN w wersji podstawowej (i tak całkiem bogato wyposażonej) do 97.400 PLN w opcji prawie full wypas. Prawie, bo Renault zostawia jeszcze kilka gadżetów, które można dokupić. Między innymi kolor nadwozia. Tak, to nie żarty! Jeśli chcecie sunąć elektrykiem w kolorze brązowy ardent, szary grive albo czarny etoile, musicie wysupłać dodatkowe 2 tysiące. Jeśli szkoda Wam pieniędzy na kolor, którego i tak nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, dostaniecie biel alpejską.

Muszę przejrzeć zdjęcia z nart, bo nie jestem przekonany, czy taki odcień będzie pasował do mojej koszulki w kolorze błękit białołęcki.

AW