LOTUS ELISE. GENITALIA W KRĘGOSŁUPIE

Każdy mały chłopczyk miał kiedyś Matchboxa. W czasach zamierzchłych, czyli komunistycznych, taki Matchbox był marzeniem zza żelaznej kurtyny. Po przewrocie i rozpadzie Związku* był już tylko zabawką, ale wciąż pożądaną. Ja miałem to szczęście, że jeszcze przed przewrotem dostałem Matchboxa od wujka z dalekiego kraju. Kraj był tak daleki, że wujek leciał do Warszawy samolotem całe dwie godziny. Koniec świata!

Mój Matchbox był czerwony, miał resory, nazywał się Porsche 910 i był wyścigową wersją modelu 906. Był czerwony i piękny. Do czasu, kiedy wpadłem na idiotyczny pomysł pomalowania go srebrną farbą, która była rarytasem równie rzadko spotykanym jak Matchbox. Trudno, stało się i koniec. Z moim Matchboxem związana jest także historia, która wryła mi się w pamięć, niczym Ferrari Michaela Schumachera w bandę toru Silverstone w 1999 roku.  Pewnego dnia moje Porsche zniknęło. Był płacz, awantura i nieprzespane noce. Ale po kilku dniach Porsche się odnalazło. Wśród zabawek mojego kolegi, który klął się na radziecką czekoladę, że to jego. Kluczowym dla rozwiązania afery stał się fakt, ze Porsche wciąż było srebrne, a farba zamazała nie tylko karoserię, ale tez cześć bocznych szyb. Tak mogłem pomalować Matchboxa tylko ja – całkowite artystyczne beztalencie. A zatem, jako że nie potrafiliśmy dojść do porozumienia, po prostu „odkradłem” samochodzik i wyszedłem z nim do domu.

Dalsze losy Porsche 910 w kolorze srebrnym (później już brudnoszarym) są mi nieznane i nie mam zielonego pojęcia, gdzie obecnie się ów resorak** znajduje. Prawdę mówiąc zapomniałem o nim zupełnie, aż do końca stycznia AD 2013.

Mój Matchbox stanął przede mną ponownie, kiedy zameldowałem się na Ascari Race Resort, przepięknym, prywatnym torze położonym jakieś 15 kilometrów od jeszcze piękniejszego miasteczka Ronda w Andaluzji. Jakieś 100 kilometrów od Malagi. I tu, po 1858 znakach przynudzania, dochodzimy do pierwotnego celu mojego klepania w klawiaturę. Na Ascari Race Resort czekało kilka samochodów, zestawy opon Yokohamy i ON.

Lotus Elise. Matchbox dla dużych chłopców. Podwozie z aluminium, koła, zawieszenie i tarcze z lekkich stopów. Wszystko po to, żeby przy stosunkowo niewielkim i słabym silniku uzyskać wrażenie jazdy prawdziwym sportowym samochodem. Zaledwie 1.8 litra, z którego wyciśnięto 118 koni mechanicznych – można by powiedzieć „E tam, nudy. Każdy kompakt ma 100 koni”. To prawda, ale kompakt nie jest taki lekki, nie wygląda w środku jak konserwa widziana oczami szprotki i nie klei się do asfaltu jak guma do żucia. A Lotus Elise to wszystko ma.

Ma też kilka innych rzeczy, które mogą się spodobać, lub nie. W zależności od tego, w jakim celu go używacie. Określenie „komfort jazdy” jest o tyle niestosowne, że w skali od 1 do 10 Elise dostaje ocenę -2. Nie ogarniam klientów, którzy toczą się gromadnie małymi, zazwyczaj żółtymi Lotusami po brukowanych uliczkach Le Mans. I robią to od świtu do nocy przez cały tydzień poprzedzający najsłynniejszy wyścig świata. Współczuję. Najwyraźniej kochacie czuć własne genitalia na wysokości kręgów szyjnych. Jeśli więc ktokolwiek zapyta mnie, czy warto kupić Elise do lanserki typu „zimny łokieć”, zdecydowanie popukam się w czoło.  Chyba, że chcecie uprawiać nowy typ lansowania siebie samego, który od końca stycznia nazywam „gorące pośladki”. Ale jeśli chcecie poczuć się, jakby ktoś kopnął Was w plecy, kiedy Wy kopniecie w pedał, to właśnie Elise jest odpowiedzią.

Ścigaliście się kiedyś na torze kartingowym? Wielu z Was pewnie tak. Wyobraźcie sobie zatem znacznie dłuższy i szerszy tor, znacznie większy wózek kartingowy i podobny styl jazdy. Zero wspomagania kierownicy, spodnie kilka centymetrów nad asfaltem i MEGA ZABAWA! Miałem okazje siedzieć za kierownicą całkiem sporej liczby lepszych lub gorszych, mniej lub bardziej sportowych samochodów, ale Elise zasłużył (czy zasłużyła?) na miejsce na szczycie mojego prywatnego rankingu, choć początki nie były zachwycające.

W środku czułem się jak wspomniana wcześniej szprotka, skrzynia biegów sprawiała wrażenie, jakby zardzewiała w 1996 roku, a każdy, najdelikatniejszy ruch kierownicą powodował, że samochód jechał zupełnie nie tam, gdzie sobie to wcześniej wyobraziłem. Ale kiedy wreszcie udało się ogarnąć, co ma na myśli Elise, było jak w bajce. Szybko, gwałtownie, chwilami wręcz elegancko – co całkowicie kłóci się z całkowitym brakiem komfortu. Ale taki jest Lotus Elise. Przy pierwszym spotkaniu szorstki, chropowaty i nieprzyjemny, po bliższym poznaniu subtelny, przyjazny i posłuszny.

Mimo to, jeśli kiedykolwiek wpadnie Wam do głowy myśl, by kupić go i przepychać się nim przez miejskie korki do biura, napiszcie do mnie maila. I pamiętajcie, że kilka rzeczy, które znajdują się w fotelu blisko podłogi, może przydąć się Wam w zupełnie innym celu. Znacznie przyjemniejszym.

AW

* Związek, zwany też Związkiem Radzieckim lub Krajem Rad. Tym bardziej dziwne, że mało kto był rad z tego faktu. Kraj Rad słynął z produkcji Moskwiczów, Zaporożców i Wołg. Rozciągał się od Berlina po Władywostok, choć oficjalnie granica znajdowała się na Bugu. Zniknął wraz z pojawianiem się kantorów wymiany walut.

** resorak, czyli mały samochodzik – zabawka. Jego koła zamontowane były na sprężynujących blaszkach, w efekcie czego podskakiwał po upuszczeniu na podłogę. Jeden z kultowych obiektów pożądania w czasach Kraju Rad.